Jest OK. Naturalność jest OK, słabość jest OK, siła jest OK, młodość jest OK, starość jest OK, zdrowie jest OK, choroba jest OK. Przestańmy się już nadymać do granic możliwości jak ryba nadymka czy pączek. Chciałabym, żebym bazą było bycie w stanie naturalnym, takim jakim się jest.

— Zdecydowałaś się, za co czuję wielką wdzięczność, opowiedzieć o swojej chorobie… Gdy myślę o Tobie, przychodzi mi do głowy taka metafora: Łapaczka Snów….

— O jakie ładne…

Wiesz, jak wygląda łapacz snów?

— Tak, nawet go mam.

— Dla mnie jesteś taką Łapaczką Snów, tak ciebie pamiętam ze szkoleń, np. LDI (Leadership Development Intensive), gdy tworzyłaś GPSy, czyli indywidualne metafory – drogowskazy dla każdego. Kiedy miałam sen i nie chciałam go trywialnie interpretować, zwracałam się do Ciebie – zawsze wyłapiesz głębsze znaczenia i warstwy. Kojarzysz mi się z takim dobrym kontaktem z podświadomością. Idąc dalej tym indiańskim tropem – nigdy nie odczuwałam ciebie jako osoby z chorobą psychiczną, tylko bardziej jako współczesną szamankę, tak jak to jest to na przykład w społecznościach żyjących bardziej w kontakcie z naturą – szaman czy szeptucha były tymi osobami łączącymi symbolikę z prozą życia. Słyszałam od znajomego  profesora psychiatrii, że w niektórych plemionach to, co my nazywamy „psychozą”, jest akceptowane jako naturalny element życia szamanów. I takie osoby, przez to, że wrażliwsze, otoczone są przez społeczność szczególną opieką. 

— Nikt nigdy nie ujął mojego schorzenia w taki piękny sposób. To jest pierwsza myśl. Druga jest taka, że dla mnie choroba psychiczna pozbawiona jest  w dużym stopniu chwały i godności. Słyszę co mówisz i cieszę się, wzruszam się, ale rozdźwięk między tym obrazem a tym, jak codzienność wygląda, jest dosyć duży. Na co dzień to jest walka z myślami samobójczymi, hamowanie się podczas ataków hipomaniakalnych, próba rozeznania się w tym, co jest rzeczywistością, a co już atakiem psychotycznym; to jest przytycie 30 kilogramów wskutek leków, większe problemy z pamięcią, mniejsza zdolność do koncentracji…No tak to wygląda, więc…oczywiście mogłabym zrobić sobie t-shirt z napisem „Łapaczka Snów”, ale nie wiem, czy bym go kiedykolwiek założyła.

— Trochę też mówimy teraz o tym, jak sobie to ludzie wyobrażają, jest taki przekaz medialny- są i poetyckie filmy na ten temat, film o Vincencie van Goghu….taki przepiękny, prawda…, no ale ta codzienność jest, z tego co mówisz, strasznie trudna po prostu.

— No tak, codzienność jest ciężka, dla ciebie i twoich bliskich, bo oni też żyją w ciągłym strachu, że tym razem jednak zrobisz ten dodatkowy krok, skoczysz z balkonu, albo powiesisz się w pralni na dole…

— Kiedy Cię wspominam z początku naszej znajomości to mam przed oczami taki oto obraz: Didi z mikrofonem pod hotelem w Krakowie, słuchają Cię tłumy, zarządzasz, opowiadasz, że będzie się działo to i to, w międzyczasie piszesz wiersze, śpiewasz piosenki, przygotowujesz recital, prowadzisz najbardziej hardcorowe projekty biznesowe, ludzie Cię cenią za Twój talent trenerski i mądrość, no byłaś taką wręcz filmową liderką. 

— Byłam torpedą!

— Chwała bohaterkom, 200% normy, Hela na traktorze. I nagle…diagnoza. 

— Tak. Zaburzenie schizoafektywne, czyli połączenie schizofrenii z zaburzeniem dwubiegunowym. 

— Czyli ten czas, kiedy robiłaś tak wiele rzeczy, to był epizod maniakalny, czy też wtedy nie byłaś jeszcze chora tylko po prostu miałaś power? Czy to jest jakaś wyraźna granica?

— Moja choroba zaczęła się kilka lat temu. Wcześniej miałam takie fazy intensywności przeplatanej z fazą popiołu. Ale miałam normalne życie, pracę, związek. Od momentu, kiedy wylądowałam w szpitalu psychiatrycznym, moje życie się skończyło…Skończyło się takie życie, jakie znałam. Zaczęło się nowe: mniejsze, dyskretniejsze, bez możliwości powrotu do tego, co było. Nagle stałam się jak galareta, która nie może wystawiać się na najmniejszy stres. Tak więc, gdy kiedyś prowadziłam aktywne, bogate życie to czułam się i byłam wtedy zdrowa i to mnie nie stresowało.  Teraz praktycznie wszystko mnie stresuje, każda najmniejsza rzecz. Wyjście do sklepu, samotna podróż pociągiem, tłum ludzi, konieczność „załatwienia jakichś spraw”…

— Jaka jest natura choroby schizoafektywnej, czy faktycznie najpierw jej nie ma, a potem pojawia się nagle?

— Tak, ona obezwładnia Cię nagle. Natomiast to nie jest tak, że trwa non stop, to po pierwsze, a po drugie – u różnych ludzi ma ona różny przebieg. Niektórzy mają na przykład rok depresji, a następny rok manii. Ja mam tak zwaną odmianę rapid cycling, czyli z szybką zmianą faz, polegającą na tym, że mój nastrój może ulec dramatycznej zmianie z godziny na godzinę.

— To ciekawe, bo raczej myślałam, że choroba się pojawia stopniowo, na przykład na początku są jakieś małe objawy wynikające z predyspozycji, potem one się nasilają, aż wreszcie stają się objawami chorobowymi. A z tego co mówisz to naprawdę jest taka „Dorota sprzed” i „Dorota po” .Jakby to były dwie różne osoby. Wyobrażam sobie, że tak może wyglądać lądowanie na zupełnie nowej planecie, której jeszcze nie znamy.

— Tak, to jest także wielka żałoba po tym, co zostało utracone. Co ciekawe, ja się najbardziej bałam, że stracę moje zdolności twórcze, a tymczasem one pozostały nietknięte przez chorobę. 

— Nawet mam wrażenie, że one wreszcie mogły w pełni się uzewnętrznić. Podczas choroby, będąc na tej nowej planecie, napisałaś dwie książki. Pierwsza z nich to beletrystyka.

— Moim największym lękiem życiowym było to, że oszaleję. Nie, że umrę, ale, że oszaleję. I kiedy wreszcie to przyszło, to był taki stan: rany, czy to się dzieje naprawdę, a druga myśl była taka: aaaaa, to już mogę się wyluzować, bo to już się zdarzyło, ziściło…W szpitalu zaczęłam pisać notatki i to się stało bazą do pierwszej książki, która opowiada całą historię mojej choroby. Tę książkę pisaliśmy oboje z moim mężem i dlatego opublikowaliśmy ją pod pseudonimem. Stwierdziliśmy, że perspektywa partnera osoby chorej psychicznie też jest bardzo istotna. O nich też się rzadko słyszy w przestrzeni publicznej. Druga książka powstała z myślą o menedżerach i stanowi podsumowanie mojej dziesięcioletniej praktyki trenersko-coachingowej.

— Książka numer jeden powstała w momencie, kiedy nie chciałaś ujawniać swojego nazwiska. To też warto dodać, że były czasy, gdy było to dla Ciebie zbyt rudne, żeby mówić o swoim doświadczeniu choroby, że nie chciałaś się upubliczniać. A dzisiaj na przykład otwarcie mówisz o sobie na Facebooku, publikujesz swoje obrazy, relacjonujesz jak się czujesz. Długą drogę przeszłaś przez te ostatnie lata. 

— Na początku przyjęcie dla mnie takiej etykietki, że jestem chora psychicznie było dla mnie końcem świata. Bardziej upokarzającego określenia nie mogłam sobie wyobrazić więc też i nie chciałam się do tego przyznawać. Bałam się, że ludzie zerwą ze mną kontakty, będą przerażeni, nie będą wiedzieli, jak się zachować. Teraz mam wrażenie, że już na tyle się z tym zżyłam, że jestem w stanie z tego żartować czy otwarcie o tym mówić. I mam też taką Mission Impossible w głowie, że gdy opowiem o sobie, to paru osobom kliknie w głowie, że to się może przytrafić każdemu, że to nie jest nic takiego strasznego, albo nic takiego zupełnie nieprawdopodobnego.

— Współcześnie nie mówi się już osoby niepełnosprawne tylko osoby z niepełnosprawnością. Czy to jest analogiczne przy zaburzeniach? Czy można by powiedzieć osoba z chorobą psychiczną zamiast chora psychicznie? Jedni łapią boreliozę, a inni zaburzenie. Czy dla Ciebie jest to tylko zabawa językowa, czy ma to sens?

— Nie jest to łatwe pytanie, bo ja o sobie myślę jako o osobie chorej psychicznie. Gdy przymierzam do siebie sformułowanie „osoba z chorobą psychiczną”, to trochę nie umiem sobie wyobrazić, gdzie ta choroba ma być, czy trzyma mnie za rękę, czy siedzi mi na karku, czy schowała się pod pachą, czy plącze mi się między nogami…? Ale myślę, że to jest indywidualna sprawa i nie wpychałabym tego w schemat, tylko pozostawiła do dyspozycji każdej osoby. Najlepiej po prostu zapytać się kogoś: jak nazywasz to, co się z Tobą dzieje? Jak to określasz? Chodzi o to, żeby nie wyskakiwać z miłym gotowcem np. „sprawna inaczej” albo „masz dziwny mózg”.

— Tak naprawdę mówisz o bardzo ważnej rzeczy – żeby dopytywać. Podobnie jak z imionami, czy lubisz, żeby do Ciebie mówić Dorotka, czy wolisz Dorota?

— Myślę, że to fajne porównanie.

— A druga książka?

— Wypłynęła z podsumowania mojego doświadczenia w pracy. Kiedy byłam zdrowa, byłam trenerką, facylitatorką, counsellorką, coachką. Robiłam mnóstwo rzeczy związanych z rozwojem ludzi i organizacji. Postanowiłam się podzielić tym, czego doświadczyłam będąc między ludźmi. Znalazł się wydawca i poszło.

— Zawarłaś w niej takie najlepsze praktyki, takie „best practices”?

— Dokładnie.

— Powiedzmy sobie tutaj otwarcie, że byłaś w tym dobra!

— Byłam niezła…

— Wiemy to nie tylko my, ale mnóstwo Twoich klientów w taki sposób się wypowiadało o Tobie. Za co Ci dziękowali?

— Za wnikliwość, spostrzegawczość, empatię, moc, współodczuwanie. Pamiętam, że dla wielu osób to było wręcz szokujące, jak potrafiłam się zestroić z drugą osobą na poziomie emocjonalnym. Tym bardziej było dla mnie dotkliwe uderzenie choroby, która dotyczy głównie emocji. To było jak odcięcie takiego mojego trzonu. Już nie jestem taka jak kiedyś. 

— Od 4 lat mieszkasz w Szwajcarii. Jak tu się choruje?

— Bosko! (śmiech)

— Jeszcze na studiach miałam praktyki w szpitalach psychiatrycznych, mam też paru znajomych, których odwiedzałam, jeśli chodzi o szpitale – to był koszmar pod względem warunków i skrajnego niedoinwestowania. Myślę, że miałaś takie trochę szczęście w nieszczęściu, że cię to złapało tam.

— Tak, w Polsce zapewne czułabym się samotna i bezradna. A tutaj na przykład personel jeździ na…hulajnodze! Po drugie – jest bardzo dużo zajęć twórczych. Jest arteterapia, terapia manualna, jest pracownia rysunkowa, jest muzykoterapia, bębnoterapia, można popracować ze zwierzętami z pobliskiego zoo, co tydzień jest wspólne pieczenie ciasta. Przede wszystkim nie jesteś sama i nie jesteś traktowana jako osoba dziwna, tylko – jak tu to nazywają – jesteś w kryzysie. I nieważne czy słyszysz głosy, czy zażywasz 160 rożnych tabletek na dobę, czy usiłowałaś podciąć sobie żyły, bo cię chłopak rzucił. No i co bardzo ważne, kiedy wychodzisz ze szpitala, to dalej masz opiekę. Ja miałam dwie lekarki- jedną od leków i drugą, terapeutkę. Do tego raz w tygodniu przychodzi do mnie pielęgniarz – asystent psychiatryczny, który pomaga w załatwieniu rożnych spraw, przegadaniu istotnych kwestii. Moje ubezpieczenie pokrywa koszty leków, w dużej mierze koszt pobytu w szpitalu, pielęgniarza i psychiatry.

— Dodatkowo jesteś też edukowana co robić, gdy tylko zauważysz pierwsze symptomy.

— Tak, masz stworzoną cała procedurę awaryjną. Indywidualnie. Dodatkowo wciągnięto mnie do programu „Kwalifikacja zawodowa”. Pracujesz 2-4 godziny dziennie, dostajesz wypłatę, robisz rzeczy zupełnie idiotyczne i proste, po to by sprawdzić czy potrafisz być punktualna, systematyczna, skoncentrowana.  Niestety po paru miesiącach okazało się, że nie dam rady pracować regularnie nawet 2 godziny dziennie po pięć razy w tygodniu. Mój nastrój zbyt fluktuował, czasem zwyczajnie nie miałam siły wyjść z domu. Teraz jestem w procesie weryfikacji pod kątem renty inwalidzkiej i jest duża szansa, że ją dostanę.

— Rozumiem, że dzięki takiej opiece byłaś w stanie – w tych rzadkich chwilach, kiedy czułaś się lepiej – pracować nad książkami?

— Tak.

— A jak ci się obserwuje Polskę z tej bajkowej Szwajcarii? Co myślisz sobie jako Łapaczka Snów o sytuacji kobiet w Polsce?

— Wczoraj – niestety – widziałam filmik z fragmentem wystąpienia bardzo młodej dziewczyny, która krzyczała, że cieszy się, że uchodźcy nie są wpuszczani do Polski, bo dzięki temu czuje się bezpiecznie. Krzyczała o tym, że tęczowi ludzie obrzydzili jej tęczę i że nigdy już nie spojrzy na nią normalnie; krzyczała, że jej koleżanki z Holandii nie wyjdą do centrum ubrane tak jak chcą, bo się boją. Strasznie się z tym poczułam i ryczałam tak, że nie mogłam przestać. Nie potrafię sobie wyobrazić jak można tak mówić i skąd to się bierze, nie potrafię sobie tego poukładać. Moja terapeutka, kiedy omawiałam to z nią, powiedziała, że potrzeba bezpieczeństwa jest bardzo ważna i warto to w tym przekazie złapać. Ale niestety znajdowanie strategii na poczucie się bezpiecznie jest zmanipulowane przez politykę. To mi pomogło trochę ten obraz ogarnąć. Ale jednak…w Szwajcarii żyje ponad 20 procent ludzi z innych krajów.

— W tym i ty.

— Tak, jestem emigrantką. Jest tu dość kolorowo i nigdy nie czułam się tak bezpiecznie, jak się czuję w Szwajcarii, nie rozumiem, jak można optować za jednorodnym modelem społeczeństwa, kiedy różnorodność daje tyle odkryć, jakość, wymianę. Być może jestem tutaj zacięta tak samo jak ta dziewczyna z filmiku, ale w drugą stronę; mimo wszystko, nie wyobrażam sobie jednorodności. Myślę, że bym tam nie pasowała.

— A wątek kobiet? Kiedy myślisz sobie o liderkach, to kim dla ciebie mogłaby być kobieta – liderka w Polsce? Pracowałaś bardzo dużo również z kobietami. Do jednego z projektów mnie nawet zaprosiłaś i pamiętam jaką wywołałam panikę, pytając je „co lubisz robić, jaka jest Twoja pasja?”. Zanim odpowiedziały, to zastanawiały się najpierw, która pasja będzie najwyżej punktowana…Bańka pękła dopiero, gdy jedna z uczestniczek powiedziała, że jej pasją życiową jest siedzenie na kanapie i głaskanie kota. Jak to postrzegasz jako ta „dawna” Dorota, ale też i jako ta „nowa” Dorota?

— Kiedy przypomnę sobie liderki, które mi imponowały, to były takie kobiety, które ani nie nadmiernie epatowały swoją kobiecością, ani nie udawały mężczyzn. Szły swoją naturalną ścieżką. To, co mnie doprowadzało do szewskiej pasji i co według mnie jest największą kłodą, jaką sobie kobiety rzucają pod nogi, zresztą mężczyźni też, ale od kobiet słyszałam to częściej, to jest takie zdanie „No bo my kobiety takie już jesteśmy”. I wtedy sobie myślę „Ja pier…ę, czyli jakie?!”. Taką etykietę można właściwie wypełnić czymkolwiek, że jesteśmy histeryczne, jesteśmy niezdecydowane, emocjonalne, robimy awantury nie wiadomo o co.

— I niestety też etykiety mogą pójść w drugą stronę „jesteśmy dzielne”, „potrafimy znieść więcej bólu niż mężczyźni”. 

— To już rzadziej słyszałam, najczęściej słyszałam to: jesteśmy emocjonalne. To robi dużą krzywdę obydwu płciom. Mężczyznom, że niby czują mniej…To, co rzuciło mi się jako pierwsze w oczy w Szwajcarii, to to, że kobiety się tutaj nie malują. Nie ważne, czy masz wyższe wykształcenie czy niższe, czy masz czterdzieści lat, dwadzieścia, po prostu jesteś, jaka jesteś.

— Jak to???!! Nie malujesz się do pracy???!! 🙂 Wyobrażasz sobie kobietę w banku bez makijażu??!!:)

— Tak! Natomiast są w zdecydowanej większości fit! Typowy widok szwajcarskiej kobiety: mama dwójki dzieci, która jedzie na rowerze pod górę, z zakupami w bagażniku i dziećmi w przyczepce.

— Przestań natychmiast! 🙂 Przecież my słyniemy z tego, co nam mama-natura dała, a „prawdziwa kobieta” powinna…tutaj wstaw całą listę!

— Tak serio za tym wizerunkiem stoi takie przekonanie, że naturalność jest ok.

— I że nie musimy być ciągle w stanie gotowości i godowości.

— Dokładnie, zmarszczki są ok, siwe włosy takie jakie są, są ok, jest mniejsza tendencja do upiększania siebie i tendencji do robienia się z siebie kogoś. I do tego mają bardzo przystojnych facetów – albo dziewczyny.

— Co byś w związku z tym chciała liderkom powiedzieć?

— Jest taka piosenka zespołu Laid Back „Bakerman is baking bread”, z refrenem „You better cool down, take it easy”. Jest OK. Naturalność jest OK, słabość jest OK, siła jest OK, młodość jest OK, starość jest OK, zdrowie jest OK, choroba jest OK. Przestańmy się już nadymać do granic możliwości jak ryba nadymka czy pączek. Chciałabym, żebym bazą było bycie w stanie naturalnym, takim jakim się jest. Ja sobie nie wyobrażam gdzie byłabym, gdybym dalej walczyła ze swoją chorobą. Kim bym była. Musiałam się oprzeć na tym co jest. Myślę, że to mnie ratuje, że musiałam się nauczyć na nowo obsługi siebie – to jest konieczne, żeby przeżyć.

John Scherer, mój mentor, powiedział mi kiedyś, że niektórzy ludzie wyglądają jak werandy, na których świeci się światło, ale nikogo nie ma w domu. Myślę, że to jest dość trafiony obraz wielu liderów i liderek.

— Tymczasem dobrze, żeby światło świeciło się i na werandzie, i w domu.

— Tak. W tym domu trzeba po prostu być.

Dorota Kożusznik-Solarska

dorotaksolarska@gmail.com